Tytus hr. Działyński — kapłan pozostałości Wielkiej Rzeczypospolitej

vlcsnap-2013-12-06-19h42m55s138

Łatwiej jest żyć, gdy człowiek urodzi się arys­tokratą, ale … czym lep­sze urodze­nie, tym więk­sze obow­iąz­ki – zwłaszcza pub­liczne. Urodz­ić się arys­tokratą — to szczęś­cie i wyróżnie­nie na wyrost, bo gdy rodzi się arys­tokra­ta, to nie wiado­mo jeszcze czy będzie on god­nym swego urodzenia. Bycie arys­tokratą — to posi­adanie spec­jal­nego miejs­ca w określonym społeczeńst­wie.

A Polakom niegdyś, przeg­niła ich arys­tokrac­ja …

Kiedyś ist­ni­ała Rzecz­pospoli­ta, w środ­ku Europy, wiel­ka (od morza do morza), potęż­na mil­i­tarnie i boga­ta. Rządz­iła nią szlach­ta – wywodzą­ca się z dawnego, tej Rzeczy­pospo­litej, ryc­erst­wa. Szlach­ta wybier­ała sobie Króla. Wybier­ała też spośród siebie takich, co będą rządzili w jej imie­niu Państ­wem razem z Królem – a równocześnie, ta wol­na szlach­ta nazy­wa­ją­ca się nar­o­dem – rządz­iła się sam u siebie, jak chci­ała.

Państ­wo nasze przez wie­ki, z niemałym tru­dem, dzię­ki Opa­trznoś­ci Bożej, trwało tak, bogacąc swo­ją szlachtę. Przyszedł jed­nak czas, kiedy taż szlach­ta, ta arys­tokrac­ja nasza zdradz­iła idee Rzeczy­pospo­litej, kiedy … nie wiedzieć dlaczego … dla durnych ambicji pry­wat­nych, przekup­na — za miernej jakoś­ci zys­ki, oślepła z lenist­wa, obżarst­wa, opilst­wa i głupo­ty zatraciła wszys­tko, co osiągnęły wcześniej dziesiąt­ki pokoleń ich przod­ków.

Ojcowie – cho­ci­aż na ostat­nią chwilę – potrafili się otrząs­nąć i zwyciężać … przy­na­jm­niej najeźdźców, rzad­ko wady…

Bycie arys­tokratą to szczęś­cie, ale i zwykłe gospo­darskie oraz pub­liczne obow­iąz­ki.

Tytus Dzi­ałyńs­ki, hra­bia, urodz­ił się w pięknych, ale i trag­icznych dla Polaków cza­sach. Pięknych, bo z dojrza­łoś­ci klasy­cyz­mu przenosiły umysły w sferę roman­ty­cznoś­ci … Było to jed­nak zarazem, w chwilę po trzec­im rozbiorze Pol­s­ki. W cza­sach odchodzącej, lecz jeszcze żywej w umysłach, Rzecz­pospo­litej wielkiej, rozłożonej potężnie w środ­ku Europy. Chorej skra­jnoś­ci­a­mi – wys­tawnoś­ci i nędzy, miłoś­ci i zdrady. Lekce­ważącej wyższe wartoś­ci, bo sama wydawała się być wartoś­cią nieśmiertel­ną. Pol­s­ki roz­jechanej kopy­ta­mi obcych armii wal­czą­cych u nas, naszym kosztem.

Biernie patrzyła na to, nasza brać war­chol­s­ka, pysz­na, leni­wa, próż­na i pus­ta wewnętrznie. Rzeczy­pospoli­ta zginęła, bo głupi szlach­ciu­ra przeświad­c­zony był, że jak już szla­chet­nym się nar­o­dz­ił, to stanu tego zmienić nic i nikt nie może. Poszedł więc taki w niewolę, na Sybir lub na emi­grację. Jak chci­ał przetr­wać, zdradzał Ojczyznę, dalej rodz­inę i siebie. I nie udało się wskrze­sić zatrutego nar­o­du ostat­ni­mi podryga­mi reform. Uch­walane na jed­nym sejmie … obal­ane były na kole­jnym. Ani kon­fed­er­ac­je patri­otów, ani rewoluc­je nie napraw­iały ludzi, bo zawsze zna­j­dowali się tacy, którzy zza pleców obcych armii niszczyli idee, zwal­cza­li włas­nych braci. A wtedy, wystar­czyło takie jed­no, „pijane królewiątko”, by zep­suć robotę dziesiątków myślą­cych ludzi. Uch­wałą sej­mową zde­cy­dowali, że będziemy niewol­nika­mi obcych. Stan szla­chet­ny sprze­niewierzył swój Naród, swo­je Państ­wo, swo­ją Wol­ność, ideę Rzeczy­pospo­litej i dorobek wielu pokoleń wspól­nych przod­ków.

Właśnie w takich cza­sach, chwilę po ostate­cznym rozbiorze, gdy wstyd, bez­nadzie­ja, niewola i pani­ka zaczy­nała oga­r­ni­ać trzeźwiejące umysły (w tych samym cza­sie, co Mick­iewicz, Słowac­ki, Krasińs­ki) urodz­ił się w wig­ilię Bożego Nar­o­dzenia — Tytus Dzi­ałyńs­ki (1796–1861).

Należał szczęśli­wie do rodziny, która nie pomaza­ła się zdradą — a było to rzad­kie w tam­tych cza­sach. Dzi­ałyńs­cy, najpierw w Prusiech, potem w Wielkopolsce, angażu­jąc się w poli­tykę Państ­wa, stawali zawsze po stron­ie wzmac­ni­a­nia władzy królewskiej i siły mil­i­tarnej oraz nieza­leżnoś­ci Pol­s­ki w sprawach między­nar­o­dowych.

Tytus doras­tał świadomy wszys­t­kich dolegli­woś­ci Polaków. Wsty­dz­ił się utraty Ojczyzny. Patrzył na nieu­dane pró­by odbu­dowa­nia państ­wa — najpierw w opar­ciu o Francję i Napoleona, potem poprzez układy z zabor­ca­mi, którzy jed­nak wzrastali w potęgę, a my cią­gle tra­cil­iśmy siły. (Kwiat naszej arys­tokracji wymier­ał na obcej zie­mi, w obcych kra­jach, w dale­kich woj­nach, w podróżach do nikąd, w poje­dynkach, w sza­leńst­wach, samobójc­zo, pod­czas hero­icznych czynów, o których pisali roman­ty­czni poe­ci … dzieło zaś to nie przy­dało się niko­mu – ani Polakom, ani tym, za których ginęli ci nasi „Wiel­cy bez zie­mi”).

Tytus Dzi­ałyńs­ki, po ukończe­niu nau­ki w Berlin­ie, Paryżu i w Pradze, wró­cił do kra­ju szuka­jąc dla siebie jakiegoś miejs­ca i zaję­cia. W Konarzewie pod Poz­naniem, u rodz­iców, znalazł stare księ­gi, stary park, konie i zbro­je, wspom­nienia dawnej pol­skiej przeszłoś­ci. W cza­sach gra­bi­enia wszys­tkiego, co wartoś­ciowe i niszczenia tego, co pol­skie przez zabor­cę, Tytus zaczął odna­jdy­wać i prze­j­mować pamiąt­ki naszej przeszłoś­ci. Kupował stare księ­gi, mil­i­taria. Wielu Polaków sprzedawało wszys­tko, uda­jąc się na emi­grację, a Dzi­ałyńs­ki skupował to, co wartoś­ciowe, a czego nie mogli zabrać. Prusacy zamykali klasz­to­ry — Tytus skupował po nich wartoś­ciowe księ­gozbio­ry.

Częs­to, a szczegól­nie po śmier­ci Ojca — Ksaw­erego, bywał też w Warsza­w­ie. Tam dojrze­wał w środowisku intelek­tu­al­nym Księst­wa Warsza­wskiego i bajkowych Puław Izabeli Czarto­ryskiej.

Bystry, inteligent­ny, dobrze wyk­sz­tał­cony, szy­bko dał się zauważyć tym, co dzierżyli wtedy stery naszej poli­ty­ki — Czarto­ryskim i Zamoyskim. Sam jed­nocześnie zaczął tworzyć w swoich włoś­ci­ach roman­ty­czny świat, który chci­ał, by był – jak Puławy — w odniesie­niu do dawnej Rzeczy­pospo­litej. Na wyspie Jezio­ra Góreck­iego, zbu­dował roman­ty­czny zameczek, który miał być małą nami­astką Pol­s­ki, miał pomieś­cić też bib­liotekę i pokaźne już wtedy zbio­ry mil­i­tar­iów. Zamek ten jed­nak, dostał się w prezen­cie ślub­nym siostrze Tytusa, Klau­dynie Potock­iej. Tytus zaś prze­jął więk­szych rozmi­arów zamek w Kórniku, który odtąd stał się Jego skarb­nicą pamiątek i jed­ną z najważniejszych bib­liotek nar­o­dowych Polaków.

Ożenił się z Celestyną Zamoyską, łącząc na trwałe Dzi­ałyńs­kich z roda­mi Zamoys­kich i Czarto­rys­kich. (Z cza­sem, dzieci ich związa­ły się jeszcze ściślej poprzez mari­aże famil­i­jne, wspólne pas­je, pracę dla Pol­s­ki. Potom­ni Tytusa, będą do koń­ca real­i­zować dzieło, które powz­iął na siebie … Ten, jeden z ostat­nich prawdzi­wych szlach­ci­ców, z cza­sów dogo­ry­wa­nia arys­tokracji pol­skiej).

Młodość cza­sa­mi, ze wsty­du za uczyn­ki przod­ków, każe napraw­iać, co możli­we. Tytus Dzi­ałyńs­ki próbował więc, odro­bić swo­ją pracą to, co cią­gle gubiło wielu — odbu­dował majątek i celowo gro­madz­ił skar­by pol­skoś­ci, posługu­jąc się meto­da­mi praw­ie naukowy­mi.

Gdy jed­nak wybuchło Pow­stanie Listopad­owe, choć uważał je za źle przy­go­towane, przed­w­czesne, jako jeden z pier­wszych, zer­wał się i ruszył z Kórni­ka do Warsza­wy. Po prze­granej, musi­ał uciekać z Wielkopol­s­ki i 10 lat pro­ce­sował się z rzą­dem pruskim o zaję­ty, „za zdradę” majątek kór­nic­ki. Tułał się po Gal­icji, ale wygrał w końcu, wró­cił i dalej zbier­ał oraz wydawał dzieła lit­er­atu­ry oraz papiery pokazu­jące świet­ność dawnej Pol­s­ki.

Budował swój zamek, jako skar­biec zabytków, pamię­ci, pol­skoś­ci — w każdym wymi­arze. Zamek budowali rzemieśl­ni­cy … najczęś­ciej Pola­cy, Kór­niczanie, których celowo posyłał na nau­ki w świat, by uczyli się wsze­la­kich rzemiosł. Umiejęt­noś­ci ich, sprawd­zone potem przy budowie zamku, zostawały na miejs­cu — w Wielkopolsce. Uczył włoś­cian ogrod­nict­wa, uprawy lasów i roli. Orga­ni­zował wys­tawy pro­duk­tów, by korzys­tali z Jego doświad­czeń inni w okol­i­cy. Wydawał książ­ki, by Pola­cy uczyli się his­torii i by przez przy­padek nie zniknęły dzieła pisane, zabyt­ki, ludz­ka pamięć.

Syna, Jana wychowywał na podob­ne­go sobie, choć w końcu — nie dorów­nał on Tytu­sowi, ani intelek­tu­al­nie, ani w umiejęt­noś­ci­ach gospo­dars­kich. Miał jed­nak tę samą pasję i odd­anie spraw­ie nar­o­dowej, tym nadra­bi­a­jąc inne niedoskon­ałoś­ci. Jan całe dorosłe życie real­i­zował wolę i kon­tyn­uował dzieło Ojca.

Tytus kupił dla Jana Gołuchów — stare ruiny zamku ryc­er­skiego, siedz­ibę niegdysiejszych leszczyńs­kich. Zmusił też syna do ożenku z księżniczką Izabel­lą Czarto­ryską wiedząc, że nie dadzą sobie szczęś­cia. Czyniąc to, liczył raczej na to, że wspól­nie – łącząc zain­tere­sowa­nia do gro­madzenia dzieł sztu­ki, mająt­ki, idee wal­ki o odrodze­nie Pol­s­ki – stworzą coś więk­szego — na ich cza­sy, że wzniosą się pon­ad siebie i swo­je ułom­noś­ci. W tych intu­ic­jach miał On i nie miał zarazem racji – jak to częs­to w życiu bywa. Izabel­la górowała nad Janem inteligencją, majątkiem, umiejęt­noś­cią obra­ca­nia for­tuną. Skrzy­wdz­iła Jego i siebie w końcu, bo cele jej były królewskie, świa­towe, którym ani Jan nie potrafił sprostać, ani cza­sy nie dały jej takowych możli­woś­ci.

Dzię­ki temu mari­ażowi jed­nak, pow­stały dwie wielkie skarb­nice his­torii, dwa muzea świad­czące o Wielkoś­ci Nar­o­du, lecz ani poli­ty­ki wspól­nej, ani potomków nie przy­było.

Jan zachował majątek kór­nic­ki, we względ­nej całoś­ci, pom­naża­jąc zbio­ry bib­lioteczne. Pomógł Izabel­li, której odd­ał Gołuchów, stworzyć tam nami­astkę „raju na zie­mi”, na wzór bajkowych posi­adłoś­ci arys­tokracji pol­skiej z cza­sów, gdy Rzeczy­pospoli­ta była jeszcze potęgą w Europie. Muzeum gołu­chowskie zach­wycało znaw­ców przepy­chem i jakoś­cią zgro­mad­zonej kolekcji sztu­ki, aż do II wojny świa­towej … a i dziś zach­wyca, mimo wojen­nych rabunków i rozproszenia zbiorów.

Tytu­sowi, w życiu, wszys­tko darzyło się szczęśli­wie. Był inteligent­ny, uczony i mądry. Całe dorosłe życie poświę­cił spra­wom pub­licznym w grani­cach takich, na jakie pozwalały warun­ki poli­ty­czne w niewoli niemieck­iej. Zdawał sobie sprawę, że arys­tokrac­ja pol­s­ka odchodzi, wymiera, że musi pow­stać nowe społeczeńst­wo Polaków, które wskrze­si nowe idee umożli­wia­jące odrodze­nie się ducha nar­o­dowego, odzyskanie niepodległoś­ci. Przewidy­wał, że uczynią to jed­nak, nie tacy sami ludzie jak Ci, z grupy, do której On należał. Tytus Dzi­ałyńs­ki wziął na siebie obow­iązek zachowa­nia dla Tych Nowych Polaków tego, co najbardziej wartoś­ciowe z cza­sów dawnej Pol­s­ki … by nie zapom­nieli, by uczyli się na błę­dach i znów – jeśli uda im się odzyskać wol­ność – nie zaprzepaś­cili jej przez głupotę, lenist­wo, swa­wole, kłót­nie … dzi­ała­nia dla pry­waty … Takie też przesłanie zostaw­ił swo­je­mu wnukowi — Władysła­wowi Zamoyskiemu, urod­zone­mu z cór­ki Jad­wi­gi. To Ją właśnie, nie Jana, przez­naczył Tytus na kon­tynu­a­to­ra swej idei. (Jan miał mieć włas­ną mis­ję dziejową, lecz … nie mógł? nie sprostał temu? – na to też trze­ba, by w Kórniku przeprowadz­ić osob­ną reflek­sję natu­ry his­to­ri­o­zoficznej)

Jan zaraz po śmier­ci Ojca, świadom woli Tytusa, stał się nie­jako drugim ojcem swo­jego siostrzeń­ca – Władysława. Pra­cow­ał nad jego wychowaniem na równi z Jego matką Jad­wigą Zamoyską, bo to Władysław właśnie miał stać się kon­tynu­a­torem dzieła Dzi­ałyńs­kich z Kórni­ka, które określił i rozpoczął ich ojciec i dzi­ad — Tytus.

   „Miało to służyć nam wszys­tkim i służy do dziś”

J.S.

Zobacz film:

vlcsnap-2013-12-06-19h59m24s16

Tytus hr. Działyński — film dok.

Podziel się!